Geoblog.pl    Patik    Podróże    BELGIA    W stolicy UE (i nie tylko)...
Zwiń mapę
2007
17
lut

W stolicy UE (i nie tylko)...

 
Belgia
Belgia, Brussel (Bruxelles)
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Koncowka maja 2006r?

?Idz dalej niezlomnie, a mnie zostaw sny.
Nic nie jest stracone, skonczone tez nie.
Gdy droga przed Toba, a sam jestes w tle.?
Edward Stachura

Jestem tutaj, przyjechalam, wysiadlam z autokaru z ogromnym plecakiem i jeszcze wieksza walizka. Rozpoczyna sie kolejna wielka przygoda w moim zyciu, kolejne ogromne wyzwanie. Po raz pierwszy stawiam mu czola z pelna swiadomoscia, z wyboru, z nadzieja, ze sie nie zawiode. Nie uciekam zastanawiajac sie, czy bede miala do czego wracac, tylko wrecz przeciwnie ? wyruszam przed siebie, gdy tak naprawde mialabym ochote zostac. Wiem, ze to stan przejsciowy, ze w ostatecznym rozrachunku nie bede zalowac, ze decyzje ta zalicze do udanych, jednak zawsze na tym wlasnie etapie pojawiaja sie pytania: Po co mi to bylo? Czy zyski przewyzsza straty? W jakich waznych wydarzeniach z zycia najblizszych mi osob nie wezme udzialu? Ilu osob nie poznam lub poznam zbyt pozno?... Z drugiej strony wiem, jakie mysli przemknelyby mi przez glowe, gdyby moja decyzja byla odmienna: Dlaczego nie wykorzystalam tej szansy? Ile stracilam? Wiem, ze to ten etap, ze teraz swiat nalezy do mnie, ze teraz mam szanse i mozliwosci, by podrozowac po nim, odkrywac go, poznawac wszystkimi zmyslami. Chce tego. A jednak czy w ostatecznym rozrachunku nie zaprzepaszcze tego, co najwazniejsze?...

Podroz, jak na tyle godzin w autokarze, minela szybko i bezbolesnie. Droga w nieznane. Samotna droga w nieznane. Skok na gleboka wode, czyli to, co lubie. Postanowilam nie czytac przewodnikow, nie pytac ludzi, czego sie spodziewac, nie miec zadnych uprzedzen, odkrywac wszystko na wlasna reke, krok po kroku, doglebnie? Moniko, dziekuje Ci, ze nauczylas mnie jak poznawac swiat, jak przejsc od smakowania go do delektowania sie nim!

Szukam mieszkania i przyznam szczerze, ze zwiazanego z tym zamieszania mam juz serdecznie dosyc! Poki co zatrzymalam sie u jednej z przebywajacych tu od dluzszego czasu Polek ? sama aktualnie pojechala do domu. Jej pokoj jest chyba najbardziej mikroskopijny, jaki w zyciu widzialam. Walizka stoi w korytarzyku, bo w pokoju sie miesci i nie mam sie nawet jak dostac do rzeczy. Niby drobiazg, gdy nie fakt, ze jest tak zimno iz oddalabym krolestwo za mozliwosc dokopania sie do najgrubszych swetrow i skarpet?

Chwilowo przytlacza mnie tempo i ilosc wszystkich nowosci. Komunikacja miejska jest szalenie rozbudowana, trudno na szybko sie w niej polapac, odleglosci, ktore na mapie maja kilka milimetrow, w rzeczywistosci sa przeogromne, ceny z jednej strony wydaja sie niskie, z drugiej szalenie wysokie... Zaraz na dzien dobry chcialam kupic bilet na 10 przejazdow i automat zezarl mi 10 euro :/ Miejmy nadzieje, ze co sie zle zaczyna, to sie dobrze skonczy?

Czerwiec 2006r?

Jestem juz na "wlasnych smieciach" - hurra! Jak fajnie bylo moc sie w koncu rozpakowac, polozyc spac we wlasnym lozku, ugotowac cos normalnego do jedzenia (czyt. spaghetti, bo poki co nie mialam innych skladnikow)...

Mieszkam teraz na starym miescie, a konkretniej - jak wyczytalam z przewodnika - w tzw. Dolnym Miescie. Ma to swoje plusy i minusy?

Niewatpliwa zaleta jest bliskosc ogromnego a przy tym dosc taniego supermarketu, jak tez roznych ladnych zakatkow - 5 minut do Grand Place czy minuta do Manneken-Pis - slynnej rzezby siusiajacego chlopczyka (swoja droga jest on malusienki, na zdjeciach wydawal sie znacznie wiekszy... a Belgowie maja chyba na jego punkcie lekkiego hopla - jest na wszystkich kartkach pocztowych, kubkach, koszulkach, nie mowiac o tym, ze mozna tu tez kupic np. korkociagi i nie bede moze precyzowala, ktora czesc posagu stanowi trzon tegoz przedmiotu..).

Minusem jest halas. Wprawdzie kamienica, w ktorej mieszkam znajduje sie na skrzyzowaniu waziutkich uliczek, ale po pierwsze mam moze 100 m do jednej z glownych alei brukselskich (Anspah), gdzie ruch jest dosc spory, a po drugie mieszkam nad knajpa. Od rana slyszalam dzis wszelkiego rodzaju ulicznych grajkow, ktorzy zatrzymuja sie kolo stolikow, by uprzyjemniac klientom baru popijanie piwa. Klimaty jak z filmu "Amelia". Na dzien dobry wysluchalam czegos pomiedzy muzyka sredniowieczna a celtycka, pozniej stare wloskie hity wygrywane przez katarynke, a przed chwila lecialo jakies nie wiadomo co. Ma to swoj urok, ale na dluzsza mete jest troszke meczace, bo jednak czasami bardziej podoba mi sie muzyka, ktora sama puszczam, a niekoniecznie to, co leci za oknem... Aaaaaa... Chcialam tez pocieszyc wszystkich, ktorzy kiedykolwiek podrozowali ze mna i przeklinali mnie w duchu za ciaganie ich po wszelkiego rodzaju wzgorzach, wiezach, tarasach widokowych itp. Pokaralo mnie, ze Was tak meczylam! Obecnie, by dostac sie do swojego pokoju, musze sie wdrapywac jak na wieze Kosciola Mariackiego (chociaz na ta ostatnia wchodzi sie schodami troszke szerszymi i mimo wszystko nizszymi). Coz, widac los nie chcial, bym za bardzo stesknila sie za Krakowem...

Sam pokoj jest calkiem niezly, choc bardzo smieszny. Nie ma szafy, tylko drazek polaczony z parawanem, na ktorym mozna powiesic wieszaki z ciuchami. Parawan ten ma niby zaslaniac prysznic, ale w praktyce srednio mu to wychodzi. Ilekroc usiluje sie wymyc, zalewam pol pokoju? Nie jest jednak zle... W jednym z mieszkanek, ktore ogladalam, prysznic byl w toalecie (nad muszla klozetowa) i to sklonilo mnie do refleksji, czy przypadkiem architekt, ktory to zaprojektowal nie stwierdzil, ze bardzo ekonomicznym moze byc pieczenie dwoch pieczeni na jednym ogniu? W drugim, prysznic znajdowal sie w kuchni i byl tylko odgrodzony zaslonka o srednicy moze tak okolo pol metra. Hmmm... No coz, dziwny narod...

Okolica tej kamienicy jest dosc specyficzna. Na wprost niej znajduje sie kosciol, pod ktorym ilekroc przechodze, spotykam dosc specyficzna subkulture - jakby polaczenie punkow, narkomanow, raperow i sama nie wiem czego jeszcze, przy pierwszej przecznicy znajduje sie sklep z akcesoriami urozmaicajacymi zycie seksualne, a przy drugiej - jak mnie uswiadomila kumpela, ktora pomogla mi przewiezc bagaz - prawie same knajpy dla gejow... No nie powiem, jest ciekawie...

Na temat Brukseli jako takiej trudno mi sie jeszcze autorytatywnie wypowiedziec, bo tez jestem tu poki co za krotko. Na pewno jest inna niz ja sobie wyobrazalam. Szczerze mowiac, od przyjazdu przypomina mi sie fragment, ktory przeczytalam kiedys w przewodniku po Warszawie - ze to miasto jest jak patchwork (czy jak sie to pisze...), w ktorym kawalki przepieknych tkanin przeplataja sie ze zwyklym szarym plotnem. Tak poki co ja postrzegam Bruksele. Sa miejsca wprost przesliczne, a sa tez zwykle brudne ulice, przypominajace np. okolice naszej katowickiej Alma Mater. Poza tym to wszystko, co sie tu znajduje sprawia wrazenie przypadkowosci, jakby nikt nie zastanawial sie jaki ksztalt powinno przybrac miasto. Jest tu platanina uliczek, w ktorych latwo sie pogubic, ni z tego ni z owego wylaniaja sie nagle zabytki czy urocze zaulki, ale nie jest to jakos uporzadkowane. Moze po czasie zmienie zdanie, ale - jak wspomnialam - to sa pierwsze odczucia...

Dzis po raz pierwszy od przyjazdu wybralam sie "pozwiedzac". Postanowilam, ze na trasy wyjete zywcem z przewodnika dla turystow bede miec jeszcze czas i w zwiazku z tym po prostu szlam tam, gdzie w danej chwili zauwazylam cos interesujacego. Chodzilam tak kilka godzin, a udalo mi sie obejrzec tylko malenka czesc starej czesci miasta. Jutro mam zamiar wybadac nowa droge do pracy i moze dojsc do dzielnicy Unii Europejskiej, bo ponoc miesci sie ona obok moje Federacji. Ciagnie mnie tez do tzw. mini-Europy, ale poki co nie wiem, gdzie sie ona miesci, wiec moze tam wybiore sie w nastepnej kolejnosci...

Zapomnialam wspomniec, ze sa tu przekomiczne sklepy. Dzis zauwazylam. W jednym mozna bylo na przyklad kupic rzeczy zywcem jak z dzikiego zachodu, a przed wejsciem stal kowboj, w drugim - typowo afrykanskie... Poza tym w ktoryms momencie przez przypadek trafilam w okolice w rodzaju katowickiej ulicy Mariackiej czy paryskiego Place Pigalle i... jakiez bylo moje zdziwienie, gdy okazalo sie, ze byla ona ograniczona z jednej strony Sheratonem, a z drugiej hotelem Plaza...

***

Pora na kolejne nowinki ze stolicy UE?

Tematow do opowiesci uzbieralo sie dosc sporo, nie wiem tylko ile z nich zdaze poruszyc nim utone w objeciach Morfeusza. Doba stanowczo jest zbyt krotka, a ja stanelam przed koniecznoscia istotnej zmiany przyzwyczajen. Zegnajcie czasy siedzenia po nocach i porannych decyzji pt. ?eh, nie ide na ten wyklad?. I to boli. Cokolwiek by sie nie dzialo, budzik nieublaganie dzwoni o kosmicznej porze i trzeba wstac. Sa jednak i dobre strony tych wczesnych pobudek. Poranna Bruksela rozni sie od popoludniowej, tak samo zreszta jak ta ze srodka tygodnia od weekendowej. Gdy ide do pracy (a trase mam naprawde wycieczkowa ? kolejno mijam Manneken-Pis, Grand Place, skwerek, katedre, Parc de Bruxelles i palac), miasto dopiero budzi sie do zycia. Pracownicy knajpek wystawiaja stoliki i krzesla do ogrodeczkow, wybrukowane place i uliczki sa splukiwane woda, ludzie pedza do pracy zatrzymujac sie na chwile, by kupic w jednym z rozlicznych kioskow chrupiace sandwicze. Kiedy wracam, sceneria jest zupelnie inna. Nie widac juz tylu elegancko ubranych Belgow spieszacych do swoich biur, a rzesze turystow przesiadujacych w restauracjach, kawiarniach i pubach, pstrykajacych zdjecia na lewo i prawo badz przepychajacych sie by dotknac zlota figurke rycerza czy sama nie wiem kogo, by w ten sposob zapewnic sobie szczescie i spelnienie marzen?

Sami Belgowie jako narod budza moja ogromna sympatie (i mam nadzieje, ze tak pozostaje). Sa niezwykle mili, uprzejmi, uczynni, otwarci, pomocni, przyjaznie nastawieni do swiata. Przynajmniej tak wynika z moich dotychczasowych kontaktow z nimi? Czasami to jest wrecz rozbrajajace. Jak tylko zbliza sie pora lunchu, zawsze ktos przychodzi i proponuje zebysmy wspolnie zjedli. Pytam sie w pracy jak mam dojsc na zebranie, a za kilka minut kolega przynosi mi skserowana mape z dokladnie rozrysowana trasa. Mowie, gdzie mieszkam, a dzien pozniej znajduje na biurku wydruk z najfajniejszymi knajpkami w mojej okolicy, wraz z informacjami jak tam dotrzec, jakie maja ceny. Bardzo to mile. Jakos wsrod tych ludzi pozbywa sie oporow, zahamowan. Jesli czegos nie rozumiem, nie wiem po prostu pytam. Co wiecej, czesto zdarza sie, ze to mnie pytaja czy nie mowia za szybko, czy rozumiem, czy wrecz tlumacza wyrazy, ktore ich zdaniem moga byc trudne, niezrozumiale. W pewnym sensie zaczynam rozumiec odwieczne animozje miedzy Belgami i Francuzami ? faktycznie sa to chyba rozne narody, choc zeby dokladniej wyjasnic na czym polega ich odmiennosc musze tu jeszcze troche pobyc?

Belgia jako kraj jest dziwna. Mala, ale maksymalnie skomplikowana. Ekonomicznie podzielona na trzy regiony, jezykowo na dwa (choc wlasciwie poza flamandzkim i francuskim, bardzo czesto uzywa sie tu tez angielskiego i niemieckiego). Poza tym wyobrazacie sobie, ze oni maja az czternascie parlamentow?!?!?! Mozna sie w tym wszystkim naprawde pogubic? Nie dziwie sie, ze Belgow uwaza sie za mistrzow kompromisow ? inaczej nie mieliby chyba szans ogarnac tych wszystkich roznic i sprzecznosci?

Czy dostrzeglam tu juz cos charakterystycznego? Coz, powoli rzucaja mi sie w oczy rozne szczegoly, choc caly czas szukam jeszcze czegos unikatowego. Na pewno Belgia jest charakterystyczna jesli chodzi o swoje najbardziej znane produkty ? czekoladki, piwo, koronki i dywany. Wszedzie pelno jest sklepow z tymi artykulami. Czasami sa to arcydziela. W drodze do domu mijam na przyklad polaczony z galeria sklep, w ktorym sprzedaja dywany bedace utkanymi reprodukcjami obrazow slynnych malarzy. Widzialam tam na przyklad Van Gogha ? pare lezaca na zbozu. Niesamowite! Poza tym gdziekolwiek sie czlowiek nie ruszy kusza go zapachy nieziemskich gofrow ? z truskawkami, bananami, bita smietana i czekolada. Gdybyscie widzieli jak one niesamowicie wygladaja! Przezornie jeszcze nie probowalam, bo jesli smakuja choc w polowie tak dobrze jak pachna i neca wizualnie, to mogloby sie to dla mnie skonczyc uzaleznieniem, rozbiciem banku i powazna zmiana rozmiaru spodni. Pytanie jak dlugo uda mi sie opierac tej pokusie? Aaaaa? Jest jeszcze cos, co dla mnie jest dosc ciekawe i rzadko spotykane ? ich drzewa i ogolnie roslinnosc. Duzo tu parkow i skwerkow, a w kazdym z nich kroluja wszelkie mozliwe figury geometryczne ze szczegolnym uwzglednieniem tych kanciastych. I o ile u nas czesto formuje sie tuje i inne iglaki, o tyle tutaj drzewa lisciaste sa przycinane tak, by tworzyc kwadraty. Smieszne to dosyc, nie powiem.

Do subkultury pod moja kamienica zdazylam juz przywyknac. Nawet chyba zaczynam rozpoznawac co poniektore indywidua. Jeden facet na malenkiej przestrzeni miedzy nosem a warga ma chyba z dziesiec kolczykow, nie mowiac juz o zielonych natapirowanych wlosach i innych akcesoriach. To tylko jeden przyklad, a grupe maja ogolnie dosc spora. Caly czas zastanawia mnie tylko czemu tak upodobali sobie ten zakatek i co tu robia calymi dniami i nocami?

Powoli zaczynam sie orientowac w miescie. Albo inaczej ? powoli zaczynam kojarzyc charakterystyczne punkty orientacyjne i udaje mi sie poruszac jakos bez mapy. W poniedzialek przez przypadek odkrylam Parlament Europejski, tylko ze niestety ze wzgledu na dlugi weekend byl zamkniety? Na zwiedzanie go w godzinach przewidzianych dla turystow niestety nie mam szans, bo to w tygodniu, w czasie pracy, ale dzis sie dowiedzialam, ze znajomy moze kiedys bedzie mogl mnie po nim oprowadzic w takim terminie w jakim bede mogla. Mam nadzieje, bo bardzo bym chciala zobaczyc jak to wszystko wyglada?

***

Musze przyznac, ze Bruksela podoba mi sie coraz bardziej. Ma rozne oblicza. Z jednej strony jest ogromna, z drugiej ? dopiero teraz moge sie z tym zgodzic ? jak na stolice Unii Europejskiej raczej niewielka. Laczy tradycje z nowoczesnoscia, ogromne polacie zieleni z nowoczesnymi budowlami ze szkla i metalu oraz zabytkami o rzezbionych murach. Ma i waziutkie uliczki z uroczymi kamieniczkami oraz wabiacymi przechodniow knajpkami, i z drugiej strony szerokie ruchliwe aleje, pelne najnowoczesniejszych i najdrozszych autek ? nie jestem facetem, ale stanowczo musze przyznac, ze jest na co popatrzec! Najciekawsze przy tym jest to, ze te wszystkie kontrasty i sprzecznosci wspolistnieja w prawdziwej symbiozie, co w pierwszej chwili zaskakuje, a pozniej wydaje sie niezwykle naturalne. I tak na przyklad Parlament Europejski sasiaduje ze szkolnym boiskiem do gry w kosza, a z drugiej strony ? uwaga, uwaga ? polskim barem! Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy idac tamtedy pewnego dnia zobaczylam wystawione menu z takimi daniami, jak miedzy innymi zurek, barszcz czerwony z krokietami czy pierogi?

Jesli chodzi o zycie nocne w Brukseli, to jest ono tak samo kolorowe, wielobarwne i wielokulturowe jak samo miasto. W piatek wybralysmy sie z kumpela z zalozenia na jedno piwo, a w efekcie skonczylo sie na calonocnym clubbingu i przechodzeniu z jednego baru do drugiego, z jednej imprezy na kolejna. Pomysl byl przedni, bo dzieki temu popadalysmy w skrajnosci, mialy okazje wiele zaobserwowac i porownac wrazenia ? szkoda tylko, ze do pierwszej knajpy weszlysmy chwilke przed porazka Polski z Ekwadorem, a w konsekwencji przez caly wieczor, gdy tylko ktos spytal nas skad jestesmy, musialysmy przyjmowac kondolencje. Tak czy siak wieczor byl super ? najpierw knajpa irlandzka z typowa muzyka celtycka, potem salsa bar, z ktorego jednak musialysmy sie po pewnym czasie ewakuowac, wreszcie typowa knajpa flamandzka i na zakonczenie impreza w jeszcze innym klubie. Wszedzie cos innego?

Bar salsa bylby super, moje ulubione klimaty, gdyby nie dwa ?ale?. Po pierwsze DJ chyba srednio znal sie na muzyce latynoamerykanskiej, badz tez byl zagorzalym fanem Shakiry, bo przez wiekszosc czasu puszczal wylacznie utwory z jej dorobku. A po drugie niestety tego typu klimaty wybitnie odpowiadaja arabsko-murzynskiej czesci spoleczenstwa i polskim dresom :/ Tak jak nie jestem rasistka, tak w takich klubach sie staje. Szlag mnie trafia, ze chce sie pobawic, a nie moge, bo zaraz ktos sie musi przyczepic i byc natretnym do granic niemozliwosci. Na tych ludzi nic nie dziala ? ani olewanie, ani mowienie prosto z mostu zeby spadali, po prostu nic! Brrrrr! Mam nadzieje, ze kiedys wreszcie w Polsce otworza knajpy latynoskie i wreszcie bede mogla spokojnie sie wybawic?

Bardziej z koniecznosci niz z wyboru wyladowalysmy z salsa baru w knajpie flamandzkiej ? obrot o 180 stopni, totalne przeciwienstwo, ale? bardzo mi sie podobalo. Tam kumpela zwrocila mi uwage na roznice miedzy Walonami i Flamandami. Pierwsi bardziej przypominaja ludy poludniowe, drudzy to prawdziwi potomkowie Wikingow. Wysocy, bardziej powsciagliwi, aczkolwiek z ogromnym poczuciem humoru. Skosztowalam tez wreszcie jednego z najslynniejszych belgijskich piw i? zakochalam sie! To jest niebo w gebie, poezja, rewelacja i w ogole brak mi slow. Kolorem zblizone do czerwonego wina, podawane w lampkach, majace posmak wisni, a przy tym nie slodkie ? tego nie sposob opisac, po prostu trzeba skosztowac! Jesli zobaczycie gdzies nazwe Kriek, naprawde warto sie napic!

Po sobotnim odsypianiu, w niedziele postanowilam skorzystac z pogody i wybrac sie do Brugii - sredniowiecznego miasteczka, znanego powszechnie jako Wenecja Polnocy. Faktycznie jest sliczne ? taki malenki Krakow, wzbogacony o kanaly, po ktorych co chwile suna stateczki z turystami. Miasto to nie ma moze jakis wielkich zabytkow, ale jest tak zadbane i malownicze, ze i tak sprawia wrazenie prawdziwej perelki. Miesci sie juz w czesci flamandzkiej, co zreszta mozna latwo zaobserwowac. Jest tam wiekszy porzadek, lad, nazwy ulic podane sa juz tylko po niderlandzku, a w niektorych miejscach da sie dostrzec wplywy holenderskie. Mnie szczegolnie utkwil w pamieci jeden dom na ktorym wisialy te takie typowe holenderskie drewniane buty (zdaje sie, ze to sa saboty czy jakos tak), z czego kazdy przedstawial flage innego kraju Unii Europejskiej?

Z Brugii spontanicznie postanowilysmy sie wybrac nad morze ? okazuje sie, ze pociagiem to kwadrans! Calkiem na wariata, bez kostiumow kapielowych, bez recznikow, ale? warto bylo! W takie upaly, jakie mielismy tu ostatnimi dniami, mozliwosc przywitania sie z morzem i powdychania tego specyficznego powietrza to bylo cos! (A swoja droga to ciekawe, ze ja zawsze trafiam na jakies anomalia pogodowe ? jak bylismy w Saint Etienne, po raz pierwszy od 20 lat spadl snieg, tutaj, niby klimat typowo umiarkowany, w lecie przewaznie kolo 20 stopni, a od piatku mielismy tymczasem ponad 30 dzien w dzien?)?

***

Atmosfera w pracy jest naprawde fajna. Z dnia na dzien coraz bardziej przekonuje sie, ze po studiach bede uciekala jak najdalej od wyscigu szczurow i wielkich renomowanych firm. To nie dla mnie. Chce miec ciekawa prace, ktora bede lubic, ale nie mam zamiaru zyc tylko i wylacznie nia. To ma byc dodatek, bonus do super rodzinki, gromadki dzieci i slicznego domku w jakiejs urokliwej okolicy, np. pod Krakowem ;)

W weekend mialam okazje napatrzec sie na takie domki, bo wybralysmy sie do Spa ? miejscowosci uzdrowiskowej, od ktorej wziela sie nazwa tak popularnych teraz kurortow w roznych krajach. Samo miasteczko bylo ladne, aczkolwiek poza zrodlami wod mineralnych (dobrymi dla zdrowia, ale o ohydnym zapachu), nie bylo tam wlasciwie nic. Zachwycila mnie natomiast okolica. Tak jak cala Belgia jest plaska jak decha i bardzo monotonna, tak tam zaczynaja sie juz Ardeny i krajobraz jest minimalnie pofaldowany. Poza tym gdybyscie widzieli ta czystosc, ten spokoj, zadbane domki z cegly z przepiekna roslinnoscia ? moglabym tam zostac! Uwielbiam takie tereny i nie wiem jak to zrobie, ale bede kiedys mieszkac w takiej slicznej chatce, na jakis malowniczych przedmiesciach, gdzie nie bedzie slychac samochodow, ludzi, szumu, gdzie wieczorem beda gwiazdy, a nie sztuczne oswietlenie, ktore nie pozwala ich dostrzec! Tylko jeszcze nie wiem czy chce taki domek jak te z cegly, ktore widzialam w Spa, czy z ciemnego drewna, jak te w ktorych zakochalam sie w Bieszczadach. No i nie wiem jak to zrobic zeby to marzenie zrealizowac?

Ze Spa pojechalismy do Li?ge, bo cos sie nam pomieszalo, ze to chyba tez ladne miasto. No ale to byla pomylka. Ola stwierdzila, ze nie zdazy do Brukseli na wieczorna msze, wiec postanowila znalezc kosciol wlasnie tamze -chyba juz nigdy nie wpadnie na taki pomysl? Okazalo sie, ze w calym ogromnym miescie tylko w jednym miejscu jest wieczorna msza, ale kobieta, ktora przekazala Oli ta informacje, nie sprecyzowala gdzie. Zwiedzilismy chyba wszystkie koscioly (wole nie liczyc ile, bo moglabym sie pogubic w rachunku), ale tego jednego konkretnego nie udalo sie nam odnalezc. Odciski mam po tej eskapadzie do dzis. Jak to jednak stwierdzil Stéphane - mielismy niezla metode na zwiedzanie: ustalic sobie cel i chodzic tak dlugo az go nie znajdziemy. Cos w tym jest, w innych warunkach nigdy tak dokladnie nie przeszlibysmy tego miasta?

Od jutra wiele sie zmieni. Moja wspollokatorka jest wlasnie w autokarze do Belgii, jutro bedzie w Brukseli. Przez 10 dni musimy jakos prowizorycznie pomiescic sie w moim pokoju, ale jak dobrze pojdzie to w przyszly weekend wreszcie sie przeprowadzimy. Czekam juz z utesknieniem na ta przeprowadzke, choc przerazenie mnie ogarnia na mysl o wszystkich formalnosciach w banku zwiazanych z kaucja, podpisywaniu umowy i przewozeniu raz jeszcze calego bagazu przez pol miasta. Z drugiej strony - przynajmniej bedzie w nocy cicho, bede mogla normalnie spac, brac prysznic bez obaw, ze zaleje sobie caly pokoj i korzystac za darmo z pralki. No i do kuchni nie bedzie trzeba schodzic trzy pietra nizej, a lodowka nie bedzie smierdziec - uff? Poza tym fajnie, ze wreszcie bede miec towarzystwo, bo jak dotad poza kontaktami w pracy i w weekendy z Olami nie mialam kiedy i jak sie z kims spotkac, kogos poznac ?

Ogolnie jestem zadowolona, ze tu przyjechalam. Lubie wyzwania, lubie skakac na gleboka wode, pokonywac slabosci, sprawdzac sie w ekstremalnych sytuacjach, a tu mam taka mozliwosc. Szef opowiedzial mi ostatnio, ze jak sie omawia na szkoleniach problem wprowadzania zmian, to przytacza sie historie zaby. W skrocie polega ona na tym, ze jesli wrzuci sie ta zabe do wrzatku, to ona pod wplywem naglego bodzca znajdzie sily i wyskoczy. Jesli jednak ta sama ropuszke wrzuci sie do garnka z zimna woda i bedzie stopniowo podgrzewac to zginie, bo nie dostrzeze zmian, nie bedzie w stanie wystarczajaco sie zmobilizowac. Ze mna jest chyba tak, jak z ta zaba - potrzebuje sie sprawdzac w ekstremalnych sytuacjach, zeby miec pewnosc ze juz nigdy nikt i nic nie bedzie w stanie mnie zlamac, ze bez wzgledu na to, jak sie zycie potoczy, bede w stanie sama dac sobie rade ? lepiej lub gorzej, ale jednak zawsze. A poza tym nie chce marnowac zadnych szans i potem tego zalowac. Z drugiej jednak strony chyba nie zdecyduje sie juz w przyszlosci na jakis kolejny dluzszy wyjazd - pora zaczac ukladac sobie zycie na miejscu, w Polsce...

***

Wczoraj odprowadzalam kumpla na autokar do Polski. Miesiac temu ten sam kumpel odbieral mnie w Brukseli. Wierzyc sie nam nie chcialo, ze tak szybko to minelo. Pracuje juz od ponad czterech tygodni, przeprowadzilam sie wreszcie do trzeciego, na szczescie teraz juz finalnego lokum?

Mieszkanie jest po prostu fantastyczne. Chcialabym kiedys w przyszlosci, jak sie juz jakims cudem usamodzielnie, moc sobie pozwolic na taka kawalerke. Przenioslysmy sie w piatek wieczorem, do drugiej nad ranem byla akcja sprzatania, przestawiania mebli zeby bylo wygodnie, ladnie i funkcjonalnie, wypakowywania? Przyslowiowo mowiac padalysmy na pyszczki, ale z drugiej strony mialysmy taka radoche, ze warto bylo przysypiac na stojaco i podpierac powieki zapalkami. Po raz pierwszy zaczelam sie zastanawiac jak to musi byc urzadzac swoje pierwsze wlasne mieszkanie i? to musi byc fantastyczne uczucie!

Ixelles, gdzie teraz mieszkamy, jest uwazana za jedna z najladniejszych, najbardziej eleganckich, spokojnych i bezpiecznych czesci miasta. Chyba powinnam bic Asce poklony przez najblizsze piec miesiecy, ze znalazla w necie ta oferte!

W Belgach jestem niemalze zakochana. Ten narod jest po prostu fantastyczny! Nie sa ani troche sztuczni, nie pytaja sie co piec sekund ?jak sie masz? (ça va?) nie czekajac na odpowiedz, nie cmokaja nieznajomych w policzek na powitanie, nie sa zakochani w sobie i przeswiadczeni o swej wyjatkowosci? Naprawde sie ciesze, ze to tu przyjechalam na Leonardo, a nie do Francji, bo choc kraj jest znacznie mniej ciekawy i roznorodny, to ludzie i atmosfera sa naprawde wspaniali. Poza tym Bruksela latem jest sliczna! Tyle tu zielenie, tyle miejsc-perelek, ze warto bylo zrezygnowac dla nich z ostatnich studenckich wakacji. Juz teraz czuje, ze ciezko bedzie mi stad wyjezdzac, ze bedzie mi brakowalo miejsc, ludzi, atmosfery?

Lipiec 2006r?

Weekend byl fantastyczny, rewelacyjny, wspanialy, genialny, super, ekstra i moglabym tu wypisac jeszcze ze sto tego typu okreslen, ale zbyt mnie boli glowa by myslec nad kolejnymi synonimami ;) Postanowilysmy z moja wspollokatorka przelamac passe siedzenia w domu i ogladania kolejnych filmow i wykorzystac weekend do maksimum. Bylo nam to baaaaardzo potrzebne. Przez caly tydzien spedzamy srednio 10 godzin dziennie poza domem i jak juz wracamy z pracy jestesmy tak zmeczone, ze zrobienie zakupow, ugotowanie, wyprasowanie sobie rzeczy na nastepny dzien czy wymycie glowy urasta do rangi wyczynu. Co jakis czas nachodzi nas refleksja, ze przeciez poki co i tak mamy jeden wielki luz i zastanawiamy sie, jak to bedzie, gdy w przyszlosci po powrocie do domu bedzia na nas czekala rodzina i dodatkowe obowiazki z nia zwiazane, jak wtedy bedziemy zmeczone? No coz, trzeba sie powolutku przestawiac, zeby przeskok dla organizmu nie byl zbyt gwaltowny ;)

Wracajac do weekendu, w piatek postanowilismy isc potanczyc. Chlopak naszej kumpeli zaprowadzil nas do nieziemskiego lokalu i cos czuje, ze juz wiem, gdzie najczesciej bedziemy imprezowac ;) Miejsce to jest jedyne w swoim rodzaju. Za dnia jest to normalna restauracja, po 22 zamienia sie w dyskoteke. Swiatla zostaja przygaszone, muzyka podglosniona, obsluga zdejmuje wszystko ze stolow i? to na nich tanczy sie cala noc. Niesamowity efekt! Dziesiatki osob tanczace na dziesiatkach stolow. Praktycznie kazdy wie tam, o co w tancu chodzi, potrafi sie bawic, ma muzyke we krwi. Nie ma podpierajacych sciany, chyba, ze ktos na chwile zrobi sobie przerwe, zeby sie czegos napic. Muzyka jest po prostu rewelacyjna. Leca utwory we wszystkich jezykach, wszelkich mozliwych stylow ? dla kazdego cos fajnego. Nie pamietam kiedy po raz ostatni tak dobrze sie bawilam. Przez ponad piec godzin nie schodzilismy z parkietu (a wlasciwie stolu), moja wspollokatorke co chwile ktos pytal skad polskie dziewczyny maja tyle energii (a ona odpowiadala, ze z polskiego chleba ;)? Bylo nieziemsko! Hity lat 60tych i 70tych, muzyka latynoska, zorba, house, pop, hip-hop, reggae? Opuscilismy knajpe jako ostatni ;)

Niewatpliwa zaleta tego lokalu bylo dodatkowo to, ze czulysmy sie tam bezpieczniej niz w innych knajpach. Bruksela bowiem, a zwlaszcza Bruksela noca, do najbezpieczniejszych nie nalezy. Sa miejsca eleganckie, zadbane, gdzie codziennie rano myje sie kazdy milimetr kostki brukowej czy chodnika, a policja patroluje okolice i zapewnia ochrone mieszkancom, a obok sa dzielnice emigrantow ? Murzynow, Arabow, przykro to mowic, ale i Polakow, gdzie jest brud, syf, gdzie nawet w ciagu dnia czlowiek czuje sie nieswojo. Europejskie slumsy? To samo tyczy sie knajp. Najbezpieczniejsze, najbardziej eleganckie sa te flamandzkie, natomiast wystarczy by zebralo sie kilkoro przedstawicieli ludnosci naplywowej, a juz trzeba bardzo uwazac. Nie ma szans, by wyjsc gdzies samemu, o samotnych powrotach do domu trzeba zapomniec, a nawet wybierajac sie gdzies cala paczka trzeba sie wzajemnie bardzo pilnowac i co jakis czas przychodzic ?z odsiecza?. Pod tym wzgledem w Polsce jest jednak bezpieczniej. Tutaj idzie sie ulica i na kazdym kroku slyszy zaczepki, komplementy, propozycje, przy czym we wszelkiego rodzaju barach i dyskotekach zabiegi te sa znacznie bardziej natretne, nachalne i niebezpieczne. I w sumie zamiast cieszyc sie, ze dziesiec razy dziennie ktos sie zachwyca Twoja uroda, modlisz sie o to, by bez zadnych reperkusji wrocic do domu?

Warto tu wspomniec slow kilka na temat brukselskiej Polonii? Jest jej tu naprawde multum, ale to raczej powod do placzu niz radosci. 95% mieszkajacych tu Polakow to Bialostoczanie, ktorzy wyemigrowali za czasow Gierka. Faceci pracuje na budowie, kobiety sprzataja. Zyja w fatalnych warunkach, sa typowym marginesem polskiego spoleczenstwa i obserwujac ich nie mozna sie dziwic, ze opinia o naszym kraju i jego mieszkancach jest na swiecie taka a nie inna. Powinnam tu przytoczyc pewna anegdotke, a wlasciwie ?anegdotke?, ktora w malenkim stopniu zobrazuje to, o czym opowiadam. Mieszkamy z Asia na pierwszym pietrze, w cichej i spokojnej dzielnicy, wiec jak otworzymy okno slyszymy dokladnie rozmowy przechodniow, wszystko, co sie dzieje za oknem. W sobote zmeczone, skacowane, zasnelysmy w czasie ogladania filmu i obudzilo nas nic innego jak kwieciste ?kur**, ja pier****, co za ch**? ? szok. W pierwszej chwili nie wiedzialysmy co sie dzieje. Czy cos nam sie w mozgu poprzestawialo i mamy niecenzuralne sny, czy jestesmy w jakiejs polskiej spelunie?

W sobote razem z Juliette ? Francuzka, z ktora Asia pracuje ? postanowilysmy wybrac sie na koncert do parku. Niesamowita atmosfera! Glownie muzyka elektroniczna, pokazy wielobarwnych swiatel, setki osob rozlozonych na trawnikach z piwem, winem, wodka, trawka (w Belgii jest legalizacja, w zwiazku z czym nikt sie nie przejmuje, ludzie pala centralnie w miejscach publicznych i same opary moglyby czasami wprawic przechodniow w stan lekkiego odurzenia)? Dziewczyny zaczely toczyc filozoficzne dyskusje, ktorych efektem bylo stwierdzenie jaka jest podstawowa roznica miedzy Polakami a Francuzami: my pijemy dobra wodke i kiepskie wino, Zabojady dobre wino Iikiepska wodke?

Wczoraj, na zakonczenie weekendu, postanowilysmy wybrac sie do parku w polnocenej czesci miasta, na obrzezach. Miesci sie tam pawilon chinski i japonska wieza, jak rowniez museum sztuki dalekowschodniej ? coz, odrobina Orientu w Brukseli? ;)

***

Nawiazujac w pewnym sensie do otrzymanego wczoraj maila moge stwierdzic, ze:
1. Czlowiek, ktory pracuje, zyje dla urlopu.
2. Czlowiek, ktory pracuje, ale nie ma prawa do urlopu, zyje dla weekendow.
3. Mniej wiecej od wtorku / srody, wychodzac z pracy ma sie ochote zegnac kolegow i kolezanki slowami "milego weekendu" a nie "do jutra".
4. Czas przed przerwa na lunch plynie szybciej niz po przerwie na lunch, a ostatnia godzina w biurze trwa dluzej niz siedem poprzednich razem wzietych.
5. Jedyne co jest dobre w koncu przerwy na lunch, to powrot do klimatyzowanego biura (w zimie niestety i ta zaleta bedzie nieaktualna).
6. Dni w pracy sa bardzo dlugie, ale tygodnie mijaja szybko, a weekendy jeszcze szybciej.
7. Tydzien powinien sie skladac z: dni pracy, weekendu i dni na odpoczynek po weekendzie.

Taaaa... U nas nadal sezon ogorkowy, wszyscy po kolei wyjezdzaja na urlopy, tylko ja codziennie grzecznie odwalam panszczyzne. Czasami jak czytam opisy na gg: "Rodos", "W Bieszczadach" itp., to mnie skreca, ale coz - cos za cos.

W weekend byla u nas PrzeAga i bylo po prostu super. Wariackie dwa i pol dnia - szkoda, ze tak szybko minely i ze nastepna szansa na takowe bedzie okolo grudnia :( Wyszlalysmy sie za wszystkie czasy, wytanczyly, wyzwiedzaly, wygadaly i... kurcze - czemu ten Lyon nie jest blizej?

Rzecz jasna glownym punktem programu byla piatkowa impreza w "Le Corbeau" i grono zachwyconych opisywana juz knajpa powiekszylo sie (niektorzy nawet zdecydowali sie na taniec bez obuwia, bo 40minutowy spacer po bruku i chwiejace sie stoly okazaly sie zbyt wielkim wyzwaniem dla nawet najwygodniejszych szpilek ;)? Tym razem wracalysmy jak bylo juz jasno, a osobiscie polozylam sie spac o 7.30 rano - jesli dalej bedziemy pobijac takie rekordy, to az strach sie bac, co bedzie dalej...

Ten tydzien na szczescie liczy sobie tylko 4 dni - hurra, niech zyja swieta narodowe w Belgii :) Przyjezdza moj Tatus, z ogromnym plecakiem walowki, zapowiadaja lato wszechczasow, wiec mysle, ze bedzie suuuuper! Mamy z Asia nadzieje, ze dzieki temu zaopatrzeniu i drugiej torbie, ktora przysla jej rodzice przezyjemy jakos do nastepnego przelewu z uczelni ? niestety nadejdzie dopiero kolo polowy wrzesnia, a ze czynsz mamy platny z gory, przelom sierpnia i wrzesnia zapowiada sie niezbyt wesolo :/ Tym niemniej Polak potrafi. Wyczailysmy, ze najtanszymi produktami sa tu cukinia i pollitrowy sos pomidorowy i spozywamy je we wszystkich mozliwych postaciach. Niedlugo dojdzie chyba do tego, ze bedziemy sobie robic kanapki z cukinia lub nalesniki z takowa?

Cos sie u mnie przelamalo na poziomie myslenia. Wyjezdzalam z poczatkami wielkiego dola, ze powoli koncze studia, ze trzeba bedzie zapomniec o beztroskim studenckim zyciu, a teraz? jakos przestalo mnie to przerazac. Wrecz mam wrazenie, ze jest zupelnie na odwrot. Ze ? jak to ktos kiedys madrze powiedzial ? ?kazdy koniec jest zarazem poczatkiem?. Teraz wydaje mi sie, ze po studiach dopiero wszystko sie zacznie, ze moze to wlasnie bedzie najpiekniejszy etap w zyciu. Czuje sie w taki przyjemny sposob wolna, bo mam swiadomosc, ze jak tylko obronie prace, to wlasciwie moge wszystko. I to jest piekne. Koniec z planowaniem, ukladaniem scenariuszy. Nie wiem co bede robic, gdzie mieszkac, jak zyc, ale? przestalo mnie to juz przerazac. Zamiast ukladac sobie zycie na wyrost bede po prostu dostosowywac je do zmieniajacych sie warunkow, tyle. Moze to, o czym zawsze marzylam jest dobre, ale sa tez opcje jeszcze lepsze, ktorych nie dostrzegalam, bo zbyt bylam skoncentrowana na jednej jedynej?

***

W piatek w Belgii bylo swieto narodowe - tlumy ludzi, atrakcje, festyny, upal... W organizacji tego wydarzenia uczestniczyli wszyscy: od gwardii narodowej, przez policje, straz pozarna, zespoly ludowe az po zwykla ludnosc, ktorej bylo tyle, jakby rozmnazala sie przez paczkowanie... Zupelnie inne miasto... Kolejki jak z wesolego miasteczka wozace ludzi glownymi ulicami, mozliwosc darmowego fotografowania sie na motorach policyjnych, koncerty, defilady, wystepy zespolow tanecznych, zawody sportowe, szansa na poglaskanie owieczek i zobaczenie jak podkuwa sie konie czy tez mozliwosc bungi-jumpingu dla odwaznych... Niebo przecinane bylo przelotem samolotow rozpylajacych dym w trzech kolorach - czerwonym, zoltym i czarnym - barwach wystepujacych na fladze belgijskiej, a wieczorem zachwycalo przy okazji pietnastominutowego pokazu fajerwerkow - chyba najbardziej niesamowitego, jaki widzialam w calym moim zyciu... Najwieksza frajda byly jednak bliskie kontakty pierwszego stopnia ze straza pozarna... Byly takie upaly, ze mundurowi Ci po prostu polewali przechodniow woda ze swoich wozow... Zreszta nie byl to jedyny kontakt z woda tego dnia... Fontanny byly pelne ludzi wchodzacych do nich normalnie w ubraniach i butach, kolejki do kranikow przypominaly komitety kolejkowe z czasow poprzedniego ustroju i... to bylo niesamowite!... Ci ludzie po prostu potrafia byc spontaniczni, cieszyc sie, bawic, odpoczywac...

Od pierwszego dnia pobytu tutaj polubilam Belgow, a im dluzej przebywam na Leonardo, tym bardziej ta sympatia przeksztalca sie wrecz w wielka milosc do tego narodu... Kilka przykladow... Kiedys ze znajomymi na oczach policji (ktorej nie zauwazylismy), przeszlismy na czerwonym swietle przez dosc ruchliwa ulice (nie dziwi to chyba nikogo, kto spedzil ze mna choc troszke czasu, a jak przypuszczam zwlaszcza Ty Ewus nie jestes zdumiona)... Coz, rzecz jasna pan mundurowy szybko sie zmaterializowal, by poinformowac nas czego to sie dopuscilismy... Troszke nam miny oklaply, bo pierwsza mysl byla taka, ze zaraz dostaniemy mandat, a mandat oznaczy wydanie kasy, ktorej nie mamy, tymczasem... pan mundurowy niemal przeprosil, ze zwrocil nam uwage i jeszcze sie tlumaczyl, ze to dlatego, ze bylo pelno ludzi i po prostu musial zareagowac - szok!... Innym razem, tej niedzieli, jechalismy z Brugge nad morze i dopadlismy pociagu tuz przed odjazdem... Zdyszani, siedlismy na pierwszych siedzeniach, ktore pojawily sie w zasiegu naszego wzroku jak rowniez innych czesci ciala odpowiedzialnych za siadanie i... nie zauwazylismy, ze miejsca te byly w pierwszej klasie... Co zrobil konduktor?... Powiedzial nam tylko zebysmy nastepnym razem siedli w drugiej, a poki co zostali tam, gdzie nam najwygodniej - fajnie, nie?... W drodze powrotnej inny konduktor, sam z siebie, nie pytany, poinformowal nas dokladnie, z ktorego peronu odjedzie pociag, na ktory musielismy sie przesiasc... Drobiazgi, ale w polaczeniu z serdecznoscia, usmiechem, otwartoscia, naturalnoscia itd. sprawiaja, ze nie sposob nie lubic tych ludzi! Sa bardzo pozytywni i optymistyczni, ale nie w typowo cukierkowy amerykanski sposob, nie sa ani zamknieci, ani do przesady otwarci i nachalni, brak im sztucznosci, robienia czegokolwiek na pokaz i... naprawde baaaaaardzo mi to odpowiada!...

W niedziele raz jeszcze wybralismy sie do Brugge i nad morze... Efekt koncowy - moge grac glowna role Apacza bez charakteryzacji, za to siedzenie i lezenie to w chwili obecnej nieziemskie tortury... Aaaa... No i zupelnie odpada noszenie bialych rzeczy, bo bylabym w nich chodzaca polska flaga narodowa :/... Przestroga dla przyszlych pokolen: nie ufac chlodnemu wiaterkowi i nie przysypiac na plazy nawet na pietnascie minut!...

Nad morzem bylo super. Slonecznie, ale bez upalow, z chlodnym wiaterkiem i tym specyficznym zapachem soli i roslinnosci... Zamiast pojechac do przeludnionego Oostende, wybralismy male portowe Zeebrugge i... to byl strzal w dziesiatke! Malo ludzi, ogromna, chyba najszersza plaza jaka kiedykolwiek widzialam, ciepla woda... Wreszcie poczulam sie wakacyjnie...

Ogolnie weekend byl naprawde super!... Przyjechal moj Tatus z polskim jedzonkiem (hurra! nie wiecie ile szczescia moze dac czlowiekowi zwykly schabowy lub mieso ze sloiczka, o domowej nalewce mojej Babci nie wspominajac ;), dobrym humorem i ochota na pozwiedzanie wszystkiego co sie da i zakosztowanie wszystkiego co tylko mozliwe - w tym roznych gatunkow belgijskich piw ;) Co do tych ostatnich - dopiero teraz zdalam sobie sprawe ile jest tu rodzajow tego trunku, jak bardzo sie roznia! Sa piwa jasne, tzw. biere blanche, ktore podawane z cytryna sa niezwykle odswiezajace. Sa piwa smakowe (slawetny kriek), owocowe a przy tym bynajmniej nie slodkie. Sa rodzaje przypominajace troszke portery badz tez piwa irlandzkie - ciemne, czasami zawiesiste i bardzo geste, czasami wrecz przeciwnie... Wreszcie sa bardzo mocne trapistes, ktore czesto zawieraja okolo 10% alkoholu, a sa produkowane wylacznie w Belgii (tylko jeden rodzaj w Holandii), w klasztorach... Co jeszcze ciekawe, to fakt, ze kazde z tych piw jest podawane w innej szklance, kieliszku i nie ma tu czegos takiego, jak standardowy kufel... Najciekawszy trafil sie mojemu Tacie w Brugge - wygladal jak jakas menzurka czy probowka zawieszona na drewnianych dybach - i tez tylko trzymajac za te dyby dalo sie z niego pic...

Coz, szkoda, ze weekendy sa takie krotkie... Choc moze i lepiej, bo spedzamy je tak intensywnie, ze inaczej chyba bysmy padly... Moze w tym tygodniu uda sie nam choc odrobinke odpoczac, a potem... oj bedzie sie dzialo!... Od przyszlego czwartku czeka nas tygodniowa "inwazja" czterech Hiszpanow, a w dlugi weekend sierpniowy prawdopodobnie przyjedzie znajomy Asi - Australijczyk, przebywajacy aktualnie w Londynie. Swoja droga to jest niesamowite, ze z Brukseli mozna sie dostac w trzy godziny lub mniej (pociagiem) do Londynu, Paryza, Amsterdamu... Nie moge przezyc tego, ze nie stac nas chwilowo na to ostatnie miasto - buuuu... Moze jesienia bilety stanieja albo my sie wzbogacimy, a tymczasem kapa... Tak czy siak bedzie sie dzialo... Z jednej strony troszke nas to przeraza, bo nie mamy nawet kiedy odpoczac i dlugo nie bedziemy mialy wolnego weekendu zeby sie odespac, leniwie spedzic dzien i nic nie robic, a z drugiej - jak ktos przyjezdza, od razu jest weselej, duzo sie dzieje, jest pelno wrazen i nasze juz znacznie mniej studenckie zycie staje sie ciekawsze...

Sierpien 2006r?

?-Gdyby tylko mozna bylo sprawic, zeby teraz trwalo wiecznie (?)
- Chyba to wlasnie jest wiecznosc. Po prostu jeden dlugi ciag takich ?teraz?. I chyba tez wszystko, co mozemy zrobic, to sprobowac zyc jednym teraz w danej chwili, nie zawracac sobie zbytnio glowy poprzednim teraz albo nastepnym teraz? ?
Nicholas Evans, ?Zaklinacz koni? ? fr.

Ten swiat jest stanowczo badziewnie poukladany i wszystko co najpiekniejsze ma cholernie wysoka cene?

Od czwartku wieczorem byli u nas Hiszpanie. Dzis rano wyruszyli do Amsterdamu i chociaz wroca jeszcze na noc ze srody na czwartek, to tak wlasciwie ich pobyt tutaj juz sie skonczyl. Nagle dom zrobil sie taki pusty i smutny, a wszystkie te piekne, sloneczne, ukwiecone i romantyczne miejsca dzialaja maksymalnie na nerwy.

To byly niesamowite dni. Kladlismy sie spac srednio kolo osmej nad ranem, przewaznie na trzy-cztery godziny, a przez reszte czasu zwiedzali, chodzili na piwka, imprezy, rozmawiali na wszystkie mozliwe tematy. Hiszpanie okazali sie po prostu fantastyczni, niezwykle radosni, otwarci na swiat i ludzi, przyjacielscy. Przygotowali nam typowa paelle z kurczakiem i krolikiem, zabrali do Gent - niezwykle urokliwego miasteczka polozonego nad kanalami, a o zachodzie slonca romantycznego do granic wytrzymalosci, robili wszystko zeby tylko nam nie przeszkadzac, nie zaklocac normalnego trybu zycia.

Czemu wszystko co dobre za szybko sie konczy? Dopiero przyjechali, a juz ich nie ma. Tyle jest jeszcze do zrobienia, obgadania, zobaczenia... Nie oddalabym tych wszystkich wspomnien za zadne skarby, nie zaluje ani sekundy tylko... cholera, ja tak strasznie nie lubie pozegnan!

***

Poniedzialek wieczor, długi weekend... Goście powyjezdzali...

W sobote rano przyjechalo do nas dwoje Australijczykow - znajomy mojej wspollokatorki z bratem. Kilka slow o wspomnianym ?Kangurze?, bo tez facet jest nietuzinkowy... Ma 28 lat i poswieca wszystko dla podrozy... Pracuje ciezko, oszczedza, odklada kazdy grosz, po czym wyrusza w trase na kilka miesiecy, pol roku, rok... Przewaznie wybiera miejsca, ktorych unikaja turysci, probuje poznac dany kraj i ludzi od podszewki... Wszyscy jezdza na poludnie Europy, to on na wschod - Litwe, Ukraine, Polske... U nas w kraju wszyscy odwiedzaja Krakow i Warszawe, to on decyduje sie na Zamosc... Poznaje ludzi, rozmawia z nimi, slucha ich porad i... jedzie w miejsca, ktore oni mu wskazuja... Jak to stwierdzil ? ?swiat nie jest pelen nieznajomych, tylko przyjaciol, ktorych jeszcze nie poznaliśmy?... Podoba mi sie to stwierdzenie...

Wrzesien 2006r?

Polmetek pobytu mam juz za soba. Jak dobrze pojdzie, za trzy miesiace o tej porze bede sie zbierala do domciu i mam nadzieje, ze w okolicach mikolajek bede juz spala we wlasnym pokoju, w moim maleńkim lozeczku i zajadala sie pysznosciami, ktore pewnie nie beda mialy nic wspolnego z sosem pomidorowym i cukinia ;). To jest niewatpliwy plus powrotow ? przez pierwszych kilka dni wszyscy tak sie ciesza, ze w koncu jest sie w domu, ze rozpieszczaja czlowieka wszelkimi mozliwymi sposobami? no ale tylko przez pierwszych kilka dni ;)

Wybralysmy sie w zeszly weekend na wycieczke. Po raz pierwszy postanowilysmy pojechac w Ardeny i zobaczyc jak tez wyglada walonska czesc Belgii. Coz, w Dinant, gdzie udalysmy sie w pierwszej kolejnosci, zastalysmy juz jesien. Pozolkle liscie drzew, niska temperatura, w grubym swetrze i skorzanym plaszczu chwilami bylo zbyt chlodno. Miejsce to mialo jednak ogromny urok. Zwiedzilysmy cytadele polozona na szczycie wzgorza, skad mialysmy widok na cale polozone nad rzeka miasto i okolice. Poza tym w cytadeli było jedno bardzo smieszne pomieszczenie, w ktorym podloga i sciany nachylone byly pod katem trzydziestu stopni. Niesamowite wrazenie! Nikt poza przewodnikiem nie potrafil chodzic, krecilo sie nam w glowach,ogolnie wrazenie bylo jak po kilku glebszych. Wszystko dlatego, ze staralismy sie stanowic przeciwwage i nachylali sie nie w ta strone co trzeba bylo?

Z Dinant postanowilysmy sie udac do Jardins d?Annevoie, ale ze nie dojezdza tam zaden pociag, a autobusy w weekendy nie kursuja, musialysmy wysiasc w miejscowosci obok i uskutecznic kilkukilometrowy spacer. To byl strzal w dziesiatke! Bruksela jest wspaniala, o ile poczatkowo mnie nie zachwycala, tak teraz coraz bardziej ja lubie, ale jednak to miasto, a my wolimy inne tereny. W Godzinne czulysmy sie jak ryby w wodzie ? cisza, spokoj, przesliczne domki nad rzeka z urokliwymi, niemal tajemniczymi ogrodkami? czegoz wiecej chciec od zycia? Okolica przypominajaca Bieszczady, a zabudowajak zywcem wyjeta z francuskiej prowincji?

W Belgii zaobserwowałyśmy pewien dziwny dla nas Polek zwyczaj. Oprocz bardzo natretnych mezczyzn można tu spotkac i bardziej ?subtelnych?, ktorzy maja jedna wspolna metode na poderwanie dziewczyny ? wreczanie karteczek z numerem telefonu. Nagminny to proceder, a jego apogeum mialysmy szanse zaobserwowac we wspomnianych ogrodach d?Annevoie ? wspomniana karteczka znalazla sie miedzy orzeszkami ziemnymi, przyniesionymi nam przez kelnera jako zagryche do piwa? szok!

***

Zycie nabralo tempa. Polowa pobytu minela, czas zaczal uplywac z trzecia predkoscia kosmiczna i juz nie dni, a tygodnie przeplywaja przez palce. W związku z tym staram sie korzystac z kazdej wolnej chwili, by gdzies pojechac, cos zobaczyc, skorzystac z reszty pobytu do maksimum, ale i to jest trudne, bo zmeczenie daje sie mi we znaki jak nigdy wczesniej, oddalabym krolestwo za tydzien urlopu, a ze nie mam ani tego krolestwa ani szans na kilka dni wolnego, to nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekac na powrot do Polski i ? miejmy nadzieje - wreszcie spokojniejszy i luzniejszy okres. Juz sie nie mogę doczekac! Oby udalo mi sie wykorzystac te ostatnie pol roku wolnosci najlepiej jak sie da, wreszcie robic rzeczy, na ktore wczesniej nie mialam czasu i tylko sie boje, ze i tak nie zdaze...

W sobote bylismy w Ardenach, w 'najmniejszej miejscowosci na swiecie' i na belgiskiej wsi. Alez mi się podobalo! Jako, ze do Durbuy, ktore bylo celem naszej podrozy, nie dojeżdża zaden pociag, musielismy wysiasc w miejscowosci wczesniej i pokonac reszte trasy na piechote. Zgodnie z przewodnikiem miala ona miec 4km, ale okazalo sie, ze w praktyce szlak turystyczny mial niespelna dwa razy tyle. Z plecakami na ramionach wypelnionymi pysznymi kanapkami, chipsami, jablkami, piwkiem i innymi tego typu pysznosciami wyruszylismy przed siebie. Trasa byla przepiekna, niezwykle malownicza, prowadzaca wzdluz rzeki, przez las, pola kukurydzy, laki, a ze było niezwykle cieplo i slonecznie, choc przez chwile poczulam sie jak na wakacjach. Zazdroscilam tylko szczesciarzom na kajakach, bo choc uwielbiam chodzic, to skrecalo mnie, by poplywac sobie tak, jak oni.

Sama miejscowosc tez okazala się urokliwa - przepiekne domki o niezwykle romantycznych nazwach ('Miedzy ziemia a niebem', 'Radosc zycia', itp...), sredniowieczny zamek, park z rzezbami z tui, z ktorych niektore mialy ponad 120 lat...Jak ja uwielbiam takie tereny! Bruksela moze i jest stolica UE i pieknym miastem, ale jednak miastem i nigdy nie bedzie mi sie podobala tak, jak jakies urokliwe zakatki na lonie natury.

Wracac postanowilismy juz na skroty (co nie zmienia faktu, ze w ciagu calego dnia zrobilismy piechty spokojnie kolo 20km jesli nie wiecej) i w pewnym momencie nie bylismy pewni czy dobrze idziemy. Postanowilismy spytac sie o droge w przydroznym hotelu i... gdybyście widzieli ten hotel! To byly przyklejone do siebie apartamenty-blizniaki, z ktorych kazde mailo osobne wejscie, a z drugiej strony wyjscie do znajdującego sie w srodku budynku patio z basenem, palmami, restauracja... Szczena mi opadla, zwlaszcza, ze na tym etapie podrozy odczuwalismy juz lekkie zmeczenie i takie luksusy nie dzialaly na nas zbyt motywujaco...

W niedziele zadbalam o ciag dalszy treningu i pojechalam z kolezanka z pracy do Antwerpii. Niestety pogoda nie byla juz taka ladna, przez co miasto stracilo troszke ze swego uroku. Mimo to jednak niektóre miejsca mnie zachwycily - zwlaszcza przepiekny dworzec kolejowy (chyba najladniejszy z tych, ktore dotad widzialam) i katedra - potezna, przestronna, siedmionawowa, z gra swiatlo-cieni na murach i obrazami Rubensa...

***

Weekend udal sie super, choc stwierdzilismy ostatnio, ze tygodnie powinny byc inaczej rozlozone. Niech juz bedzie piec dni roboczych i dwa dni weekendu, ale ktos powinien wpasc dodatkowo na zbawienny pomysl dolozenia dwoch dodatkowych dni na odpoczynek po weekendzie - hmmmm, moze udaloby sie przekonac naszych drogich poslow RP do zastanowienia sie nad takim projektem ustawy?

W piatek przyjechal do nas kumpel, ktory niedawno zaczal staz w Antwerpii i po raz pierwszy od niepamietnych czasow poszlismy potanczyc. Fajnie bylo, wesolo, aczkolwiek chyba sie starzejemy, bo wrocilismy jakos tak w srodku nocy, a nie jak to drzewniej bywalo - rano, grubo po wschodzie slonca.

Wczoraj odwiedziłam wreszcie znajomego z pracy, który mieszka w Leuven. Miasto jest przepiekne, stanowczo jedno z najpiekniejszych jakie tu widzialam! To taki maly Krakow (chyba dlatego sie w nim tak zakochalam ;) - jeden z glownych osrodkow uniwersyteckich w Belgii, caly sredniowieczny, odnowiony i dopieszczony w ciagu ostatnich kilkunastu lat, po prostu perelka! Miasto z budynkami z cegly tudziez gotyckimi i neogotyckimi budowlami charakterywujacymi sie bogactwem rzezbien (takie cudenka mozna spotkac chyba tylko w Belgii), z calym mnostwem knajpek, kawiarenek i barow usytuowanych na placykach i wzdluz waziutkich ulic i wyobrazcie sobie, ze ma nawet cos w rodzaju krakowskich Plantow - jupppi!!! Do tego wczoraj, nie wiedziec czemu, wszedzie unosil sie rozkoszny zapach lipy i mialo sie ochote usiasc w jakiejs zacisznej herbaciarni i zamowic napar z lipy z dodatkiem miodu...

Christophe pokazal mi najwazniejsze miejsca w starej, glownej czesci miasta, a potem rewiry jego domu - przepiekne opactwo, polozone nad stawami i cmentarz, gdzie sa pochowani zolnierze, ktorzy zgineli w czasie II wojny swiatowej - miedzy innymi rowniez i Polacy. Ta jego okolica byla poprostu niesamowita - cicha, spokojna, otoczona lasami, polami (w tym rowniez kukurydzy! ? co najdziwniejsze widzialam takowe drugi raz w ciagu tygodnia i o ile w zeszly weekend w Walonii byly w kolorze swiezej zieleni, o tyle wczoraj już zolto-brazowe... oj idzie jesien, idzie, w butach siedmiomilowych nadchodzi!...), istny raj! Takie tereny uwielbiam - blisko tetniacego zyciem i urokliwego miasta, a z drugiej strony jakby na wsi, z dala od korkow, tlumow ludzi, halasu...

Październik 2006 r?

Na weekend pojechalismy do Marcina do Antwerpii. Chodzilismy po miescie, robili zdjecia, poszli na kregle i na piwko - stanowczo byly to relaksujace dwa dni. Okazalo sie, ze Antwerpia jest dla nas rajem cenowym, co bardzo nas zdziwilo. Wprawdzie Bruksela jest stolica, ale Anvers to w koncu drugie co do wielkosci i znaczenia miasto w Belgii, jeden z najistotniejszych europejskich portow, wiec roznice nie powinny byc duze... a sa - popadlismy w depresje dowiedziawszy ile sie placi za mieszkanie, ile kosztuje wyjscie do jakiejs knajpki?

Jak juz wspomnialam, wieczorem postanowilismy pograc sobie w kregle i... to byl strzal w dziesiatke:) Wprawdzie byl to dzien, kiedy osobiscie stanowilam skrzyzowanie slonia w skladzie porcelany (jak chodzi o gracje) i kulawego slimaka (jak chodzi o refleks), to jednak bawilam sie super. Po pierwszej serii, gdy bylam pierwsza (rzecz jasna od konca ;) i rozpracowywalam teorie, ze udaje mi sie zbic cokolwiek co druga kolejke, w pierwszej polowie drugiej serii uplasowalam sie tuz za Pedro, ktory byl niekwestionowanym krolem wieczoru. Druga polowa poszla troszke gorzej, ale ogolnie poprawilam notowania i stwierdzilam, ze rozgrzewka i piwo stanowczo wspomagaja moje zdolnosci jako gracza. Smiesznie bylo w ogole, bo wszyscy gralismy srednio trzeci raz w zyciu, a co za tym idzie radzili sobie roznie i czasami po prostu sie wyglupiali, a nie powaznie podchodzili do sprawy.

Sobotni wieczor zakonczyl sie chwila grozy - przez moment poczulismy sie jakbysmy przeniesli sie na plan filmowy i nie byli w Antwerpii tylko grali w amerykanskim kryminale. Po kreglach i odwiedzinach w jednym z pubow, w drodze do domu, natknelismy sie na cos w rodzaju snack baru. A ze bylo juz po trzeciej, to wszyscy glodni, postanowilismy wstapic na jakiegos hamburgera czy frytki. Wlasnie zamawialam i koncentrowalam sie tylko na tym, gdy dostrzeglam, ze jeden z pracownikow kloci sie zza lady z klientem - na oko Azjta badz kims z Ameryki Poludniowej. Nie zwrocilabym na to zbytniej uwagi, gdyby nie fakt, ze nagle zdalam sobie sprawe, ze Asia, Pedro i Marcin cofneli sie na drugi koniec baru. Nie myslac zbyt wiele uczynilam to samo i obserwowalam co sie dzieje, tym samym uczestniczac w calej sytuacji jakby od polowy (moze i lepiej, bo gdybym widziala od poczatku to, co oni, chyba przez dobrych kilka nocy nie moglabym spac spokojnie). Dyskusja okazala sie coraz bardziej burzliwa, wlascicielka knajpy zaczela dzwonic na policje, a jeden z obslugujacych posunal sie w koncu do wylania na tegoz wspomnianego klienta calego garnka wrzacego oleju. To poskutkowalo, facet sie zmyl, a ja z przerazeniem dowiedzialam sie, ze wszystko zaczelo sie od tego, iz wspomniany azjata wszedl, zamowil cos i nie wiedziec czemu, gdy okazalo sie, ze wybranego przez niego dania nie ma, ni z tego ni z owego zaczal wymachiwac nozem. Przez moment przezylismy chwile grozy i zrobilo sie goraco...

Listopad 2006 r?

Kilka uwag natury ogolnej?

- Bruksela jest miastem podziemi. W Federacji symbolicznym przekazaniem wladzy nowemu prezesowi bylo przekazanie mu jedynego miejsca na undergroundowym parkingu, a nawet w naszej malej kamienicy wiecej jest pieter pod ziemia niz nad nia (slowo! za pierwszym razem, gdy zjechalam wyrzucic smieci, zwyczajnie sie zgubilam!).

- Nasz "miesien piwny" nosi w Hiszpanii wdzieczna nazwe "wzgorka szczescia" - czyz to nie urocze?

- We Francji sprzedaz Red Bulli jest zakazana, jako ze zawieraja tauryne, ktora jest ponoc byczym nasieniem - coz zabojady zawsze musza podkreslic, ze sa inni niz wszyscy...

- Czas i odleglosc umacniaja to, co prawdziwe, istotne, wartosciowe i wielkie, a zabijaja to, co powierzchowne i male (jak to ktos ladnie stwierdzil: ?mowi się, ze rozlaka wycisza male uczucia, a rozwija wielkie?)...

Zaczyna sie trudny okres, bo... cos sie konczy. Z jednej strony od jakiegos tygodnia odliczam dni jak szalona, ciesze sie jak male dziecko, ze znow bede w domu, z Rodzinka, przyjaciolmi, w Polsce, a z drugiej coraz silniej odczuwam wewnetrzne napiecie, nerwowosc, takie dziwne wrazenie, ktorego nie da sie zlokalizowac i nawet nie wiem czy jest w sercu, umysle czy zoladku :/ Ekipa juz planuje moj "pozegnalny weekend", w pracy Veerle powiedziala mi dzis, ze bedzie jej mnie szalenie brakowac, umawia sie juz ze mna na pozegnalne piwo, ja sama powoli przygotowuje dokumenty na AE i... zaczyna mnie ogarniac nostalgia. Co by nie powiedziec, to jednak pol roku, dosc spory kawalek w zyciorysie, wiele wrazen, nowych doswiadczen i swiadomosc, ze to juz nigdy nie powroci - przynajmniej nie w takim wydaniu. Bedzie mi brakowalo mojej pracy, poczucia humoru i otwartosci Christopha, opiekunczosci i serdecznosci Veerle, energii i pomyslow Isabelle, mieszkania z Asia, zartow Pedro, przepysznych belgijskich ciemnych piw, niesamowitego, zapierajacego dech w piersiach widoku z Mont des Arts na Dolne Miasto i wieze ratusza i wielu, wielu innych detali...

Ostatnie dni mijaja szybko. W tym tygodniu spedzilysmy sobie typowo babski weekend - piatkowy wieczor na piwku w knajpie, sobote na ogladaniu filmow i kolacji u Haliny, niedziele na wycieczce do Leuven... i nie tylko ;) Umowilysmy sie, ze my pojedziemy z dworca centralnego, Halina tymczasem wsiadzie na Brussel Nord, bo tam ma blizej. Hmmmm... Coz, nie wszystko poszlo zgodnie z planem, a nam z Lucy przypomniala sie niezapomniana wycieczka do Genewy z czasow Socratesa?

Tym razem okazalo sie, ze dostrzeglysmy Haline w ostatniej chwili, na innym peronie. Lucyna wykrzyczala sakramentalne "zatrzymaj pociag" (raz juz nam kazala zatrzymywac autokar jak wracalismy do St Etienne po Swietach), po czym jak tylko udalo sie nam jakos w trojke siasc i zlapac oddech przyszedl konduktor i glupio spytal dokad jedziemy. Glupio, bo cel podrozy czarno na bialym wypisany byl na bilecie. No i kapa. Okazalo sie, ze nie wiedziec jak i czemu wyladowalysmy w pociagu na... lotnisko! Pan konduktor byl na tyle uprzejmy, ze powiedzial o ktorej i gdzie mamy sie przesiasc, a my... rzecz jasna poszlysmy w przeciwnym kierunku :/ Ostatecznie oczekujac na kolejne polaczenie postanowilysmy pozwiedzac lotnisko i napic sie jakiejs kawy z automatu. Zamiast automatu znalazlysmy knajpe widokowa i... no coz, okazalo sie, ze zwykla latte w obszczerbionym kubku wyszla as po 3,20 euro od osoby - cholera, juz samo to podnioslo cisnienie, kofeina nie byla wiecej potrzebna!

Ogolnie jednak wycieczka bardzo sie udala, Leuven sie podobalo, na koniec udalo sie nam zjesc najtansza i najlepsza pizze w przepieknej wloskiej restauracyjce, dostac jeszcze po kieliszku amaretto za darmo i uslyszec przy wyjsciu "do widzenia" od calej knajpy, a problemy komunikacyjne tylko poprawialy nam humor (bo ogolnie nasz sposob rozumowania kieruje sie ostatnio jakas blizej niesprecyzowana logika, ktora mozna podsumowac nastepujaco: "najkrotsza droga z Katowic do Krakowa prowadzi przez Gdansk... no ostatecznie przez Madryt" i tylko retorycznie pytamy sie z Halina "Co to my studiujemy? Komunikacje? Nieeeee... nie moze byc").

Ogolnie nastroj mam ostanio maksymalnie refleksyjny i zdominowany przez jedno zasadnicze pytanie "co dalej?". Wiem, ze "jedyna sluszna decyzja jest zawsze taka, co do ktorej jestem wewnetrznie przekonana", ale ostatnio nie jestem przekonana do niczego? No ale "nikt nie powiedzial, ze zycie bedzie proste"...

***

Nie to zebym byla przesadna, ale co ostatnio ide ulica, wlaczam radio, wchodze do sklepu, to slysze na przemian dwa utworki - "Time to say goodbye" Boccelliego (nie wiem czy tak sie to pisze?) i "Wind of changes" Scorpionsow - hmmmm...

Ogolnie ostatnie dni to jeden wielki maraton, bo tez staram sie korzystac z kazdej sekundy. W piatek bylam na pozegnalnej kolacji z Veerle, w sobote odbieralysmy Magde i pokazywaly jej Bruksele, w niedziele byly u zaprzyjaznionej Bulgarki, w poniedzialek na koncercie i bankiecie (to bylo cos rewelacyjnego: radosna i optymistyczna muzyka powazna i operowa, przepyszne jedzenie, sala przypominajaca wnetrze palacu krolewskiego...), we wtorek na piwku, w srode u Pedro na tortilli i paelli, wczoraj w muzeum (do ktorego jednak nie udalo sie nam wejsc)... Dzis tez od rana jestem na nogach... Zwiedzilam wreszcie w srodku Parlament Europejski i bylam w Autoworldzie - muzeum starych samochodow! Autoworld polecam każdemu. Slowo daje, rewelacja! Ilez tam bylo roznych samochodow, niektore jeszcze z XIX wieku, niektore ogromne, inne malenkie - ja bylam zachwycona, a przypuszczalnie przecietny facet spedzilby tam pol dnia!

Podstawowe pytanie brzmi: Co dalej? Coz?

?Szukając swego miejsca, człowiek objezdza caly swiat
i znajduje je, powróciwszy do domu.?
George Moore

 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (54)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (2)
DODAJ KOMENTARZ
Ewa P. vel cut
Ewa P. vel cut - 2007-02-17 13:58
Pati, właśnie przeczytałam Twoje belgijskie wspomnienia. Zazdroszczę tych wszystkich miejsc, ludzi, spotkań i wrażeń :) Do szybkiego zobaczenia!
 
Krushyna
Krushyna - 2007-07-11 15:54
Aj właśnie przeczytałam calutką Twoją podróż, a ż z długości tego czytania samoistnie się wylogowałam ;)
Ale naprawdę świetnie napisane i gratuluję takiej wspaniałej przygody, bardzo miło się czytało :)
 
 
Patik
Patrycja Grzywacz
zwiedziła 1.5% świata (3 państwa)
Zasoby: 3 wpisy3 6 komentarzy6 54 zdjęcia54 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
17.02.2007 - 17.02.2007
 
 
17.02.2007 - 17.02.2007
 
 
17.02.2007 - 17.02.2007